Gruzja – Batumi (dzień 2)

W swych wędrówkach przeszłyśmy wiele miast

Wiele mórz i rzek, wiele gór wśród gwiazd

Ale miasto, o którym śpiewamy dziś

Milsze jest, bo z nim wiążą się nasze sny.

Batumi, ech Batumi….*

Odgłos stukania staje się coraz bardziej męczący. Powoli otwieram oczy. Krople coraz mocniej uderzają w szyby i dach taksówki. Na wjeździe do miasta tworzy się dość duży korek. Trąbią chyba wszyscy. Ściana deszczu pozwala dostrzec tylko zarysy budynków. W gąszczu aut Zura szuka odpowiedniego zjazdu z głównej drogi. W końcu się udaje, skręcamy w ulicę Noe Żordania. Jest tak wąsko, że samochód prawie ociera się o lusterka zaparkowanych na ulicy aut. Zatrzymujemy się pod hotelem. Deszcz na nasze szczęście przestaje padać. Rozliczamy się i żegnamy z Zurą.

Ulica Noe Żordania

W hotelu zostawiamy bagaże i ruszamy w miasto. Czas na pierwszą gruzińską kolację. Wchodzimy do jednej z mijanych restauracji i z menu trochę na chybił trafił wybieramy dania. Czekając na jedzenie delektujemy się gruzińskim winem. Miejscowa kuchnia spełnia nasze oczekiwania pod względem smaku, ilości i ceny (do każdego rachunku doliczane jest z automatycznie 10-12% napiwku).

Kolejny dzień budzi nas piękną pogodą. Temperatura jest nadal niska, ale słońce zaczyna już intensywnie przygrzewać. Na śniadanie w pobliskiej knajpce zamawiamy adżarskie chaczapuri i mocną turecką kawę. Po trudach poprzedniego wieczora szybko stawia nas ona na nogi. Chwilę później ruszamy w stronę morza i bulwaru, który o tej porze dnia i roku świeci pustkami (mierzy prawie 7 kilometrów, a kończy się ulicą Lecha i Marii Kaczyńskich). Na kamienistej plaży spotkać można tylko nielicznych wędkarzy. Na lewo od bulwaru z krajobrazu miasta wyrastają luksusowe drapacze chmur (w ściany jednego z nich na dość dużej wysokości wmontowana jest karuzela).

Batumi określane jest przez wielu turystów miastem kiczu, ja uważam je przede wszystkim za miasto wielu kontrastów. Z jednej strony szklane domy, czyli nowoczesność, z drugiej miejsca, w których czas  zatrzymał się 60 lat temu, czyli budynki mieszkalne, które w Polsce dawno przeznaczono by  do rozbiórki. Wszystko wspólnie egzystuje, przyklejone do siebie. Z  krajobrazu dość mocno wybijają się wszechobecne dźwigi, świadczące o tym, że centrum miasta cały czas się rozbudowuje. Obok placów budowy straszą jednak szkielety inwestycji, których finalnie nie dokończono.

Atrakcji na bulwarze i w jego okolicach jest co nie miara, do najciekawszych należą: Pomnik Ali i Nino – symbol miłości, porozumienia i pokoju między narodami – 7 metrowa ruchoma  statua przedstawiająca mężczyznę i kobietę; rzeźba TY, JA i BATUMI zwracająca uwagę na tradycje picia kawy, tak typową dla tego miasta; Wieża Czaczy, Zegar Astronomiczny, Tańczące Fontanny, Dziewczyna na Rowerze (lejąca się woda porusza kołami, co sprawia iluzje jakby dziewczyna jechała na rowerze), Diabelski Młyn, Kolumnady a poza tym sztuczne jeziora, mola, stadiony do piłki nożnej, siatkówki, przeróżne instalacje.Większość z nich nowych, odrestaurowanych, ale zdarzają się na bulwarze miejsca, które wręcz straszą stopniem zniszczenia i zaniedbania.

Przedziwna polityka balkonowa, zaobserwowana w Kutaisi, tutaj jest jeszcze bardziej widoczna – każdy balkon to inna historia i inny architekt. Spacerujemy bulwarem, czasami lekko zbaczamy z kursu i skręcamy w boczne uliczki. Pojawia się trochę więcej ludzi, ale nadal widać, że jesteśmy grubo przed sezonem, jeszcze nie czuć tego, że za klika tygodni miasto będzie tętnić życiem do późnych godzin nocnych. Przejście całego bulwaru zajęło nam kilka godzin, na jego końcu wsiadamy w marszutkę, która zawozi nas na dworzec kolejowy, gdzie kupujemy bilety na pociąg do Tbilisi.

Po wyjściu z budynku dworca łapiemy kolejną marszutkę (numer 31) i kierujemy się do ponad 100-letniego ogrodu botanicznego, zlokalizowanego kilkanaście kilometrów od centrum Batumi. Jest on jednym z największych i najbogatszych w różnorodne gatunki roślin na świecie ogrodów. Został stworzony przez botanika i geografa rosyjskiego Andreja Krasnova. Położony jest na wysokim i stromym zboczu opadającym aż do poziomu morza. Park został podzielony na kilka sektorów, w których umieszczono roślinność charakterystyczną dla określonych stref geograficznych. Ogółem na terenie 108-hektarowego ogrodu występuje ponad 2000 gatunków roślin.

Po 2 godzinach spaceru decydujemy się wracać do Batumi na obiad. Po konsumpcji zwiedzamy jeszcze okolice Kościoła Katedralnego i Placu Piazza. Ten uważany za symbol miasta „nowoczesny zabytek” to obowiązkowy punkt programu wycieczek, na nas nie robi jednak wrażenia. Nawet mając na uwadze fakt,  że Batumi to prawdziwa mieszanka stylów architektonicznych, miejsce naznaczone tak mocno włoskim stylem,  raczej nie pasuje do klimatu miasta.

Przed zachodem słońca wracamy do portu, gdzie swój początek ma liniowa kolejka kabinowa  – Argo Cable Car. Kupujemy bilet za 15 lari, wsiadamy do maszyny i chłoniemy z lotu ptaka kontrasty pomiędzy różnymi dzielnicami miasta. Po około 10 minutach meldujemy się w punkcie widokowym. U stóp mamy całe miasto. Słońce powoli zachodzi, ulice i drapacze chmur rozświetlają się różnymi kolorami.

Pobyt w Batumi powoli się kończy. Pozostaje tylko  powrót nad dół i kolacja w gruzińskiej knajpce (tym razem obok kinkali zamawiam odżachuri). Tym razem wieczór spędzamy ze zdecydowanie mniejszą ilością wina. Wszak następnego dnia o 6 planujemy pobudkę, by zdążyć na pociąg do Tbilisi.

Z ciężkim sercem żegnamy Gruzji brzeg

Śpiew twój dźwięczny jak drogi echo bieg

Dziś gdy oczy przymkniemy widzimy znów

Obraz ten, to marzenie naszych snów.

Batumi, ech Batumi *

*Filipinki – „Batumi”

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s